Wódz Apaczów
KAROL MAY
WINNETOU
– Diabła tam oswobodzicie, a nie osadników! – zawołał ze złością w głosie.Na to podniósł głowę jego towarzysz i sąsiad, który nieustannie się we mnie wpatrywał, irzekł:– Wierz mi, Rollinsie! On ich uwolni. Znam go. To Old Shatterhand!– Old Shatterhand! – zawołał ranny.
–Niech to wszyscy diabli! Teraz rozumiem, skąd sięwzięło osiem takich strzałów. Wobec tego pragnę gorąco, aby...Odwróciłem się szybko i odszedłem, by nie słyszeć przekleństw złoczyńcy. Pułkownik poszedłza mną i zapytał z wielkim zdumieniem;– Czy to prawda, że jesteście Old Shatterhand?– Tak. Ten człowiek spotkał mnie na jednej z wypraw myśliwskich. Przystępuję jednak odrazu do rzeczy i proszę was, żebyście mi wypożyczyli swoich ludzi. Muszę pójść na pomocosadzie Helldorf.
– Hm, czcigodny sir, to jest niemożliwe. Najchętniej sam poprowadziłbym tam wszystkichmoich ludzi, ale jestem urzędnikiem kolejowym i moje obowiązki nie pozwalają mi na to.
– Ależ, sir, więc ci biedni osadnicy mają zginąć? Jakbyście się potem usprawiedliwili,gdyby się to stało wskutek waszego zaniedbania?– Posłuchajcie, sir! Nie wolno mi opuścić mego obozu, chyba że idzie o jego dobro. Niemogę także nakazać moim robotnikom, żeby z wami poszli. Mogę uczynić tylko jedno. Zgadzamsię na to, żebyście wy sami pomówili z moimi ludźmi. Kto z nich zechce porzucić naten czas pracę i przyłączyć się do was, tego nie będę zatrzymywał. Konie, broń, amunicję iżywność dostaniecie także pod warunkiem, że konie i broń otrzymam później z powrotem.
– Dziękuję wam, sir! Jestem przekonany, że to jest wszystko, co możecie w tym wypadkuuczynić. Nie gniewajcie się, że wam odciągam ludzi od pracy, ale to jest konieczne.W dwie godziny potem pędziłem na czele oddziału złożonego z czterdziestu dobrzeuzbrojonych ludzi drogą, którą tak niedawno przybyliśmy z Helldorf.Winnetou nie powiedział ani słowa, lecz ogień, gorejący w jego oczach, mówił więcej odsłów. Jeśli rzeczywiście Ogellallajowie napadli na tę młodą osadę, wówczas biada sprawcomnapadu!Znając drogę, nie zatrzymywaliśmy się nawet w nocy. Zdaje mi się, że podczas tej jazdynie zamieniłem z towarzyszami nawet kilkudziesięciu słów.Nazajutrz po południu stanęliśmy na krawędzi kotliny, w której leżała osada Helldorf.Pierwszy rzut oka przekonał nas, że Haller nie kłamał. Przybyliśmy niestety za późno,– Uff! – zawołał Winnetou i wskazał na puste wzgórze.
–Rozszarpię te wilki, Ogellallajów!Rzeczywiście spalono i zburzono także kapliczkę, a krzyż zrzucono z góry. Pojechaliśmyco tchu ku gruzom i zsiedliśmy z koni. Tu kazałem robotnikom stanąć, żeby mi nie popsulitropu. Pomimo poszukiwań nie zdołałem odkryć ani śladu żywej istoty. Wtedy zwołałem lu-dzi, by mi pomogli przerzucić zgliszcza. Nie znaleźliśmy szczątków ludzkich i to nas niecopocieszyło.Skoro tylko Winnetou zsiadł z konia, wspiął się po zboczu na górę, a po chwili powróciłniosąc w ręce znaleziony dzwonek.
– Wódz Apaczów znalazł głos z góry – rzekł – i zakopie go tu, dopóki nie powróci jakozwycięzca.Zbadałem pośpiesznie razem z Walkerem brzegi jeziora, aby zobaczyć, czy przypadkiemnie potopiono osadników, lecz przekonaliśmy się, że nic takiego się nie stało. Nadto poszukiwanianasze dowiodły, że na osadę napadnięto w nocy. Zwycięzcy pojmali mieszkańców bezwalki, a potem udali się z łupem i z jeńcami ku granicy Idaho i Wyomingu.
– Słuchajcie, ludzie, nie wolno nam tracić ani chwili! – zawołałem.
–Musimy iść za tropembez wytchnienia, a dopiero w nocy rozbijemy obóz. Naprzód!Z tymi słowy dosiadłem znowu mojego szpaka, a towarzysze poszli za moim przykładem.Apacz jechał na czele, nie odrywając wzroku od tropu. Prędzej można go było zabić niż odciągnąćod tych śladów, takie ogarnęło go wzburzenie. Było nas czterdziestu przeciwkoosiemdziesięciu, ale w takim nastroju nie pamięta się o liczbie przeciwników.Mieliśmy jeszcze pełne trzy godziny dnia i przebyliśmy przez ten czas tyle drogi, że zadowoleniz wyczynu naszych koni mogliśmy pozwolić sobie na zasłużony odpoczynek.Nazajutrz okazało się, że Ogellallajowie znajdują się o trzy czwarte dnia przed nami, a potemzauważyliśmy, że nie przerywali oni pochodu przez całą noc. Powód tego pośpiechu łatwobyło odgadnąć. Oto podczas napadu na Echo Canyon Winnetou wykrzyknął w ciemnościachnocy swoje imię, czym wzbudził w nich obawę, że będą ścigani. Ogellallajowie wiedzieli,że Apacz wraz z robotnikami idzie za ich tropem, a to była wystarczająca przyczyna dopośpiechu.Ponieważ konie nasze dokazały dotąd nadzwyczajnych rzeczy, przeto nie mogliśmy ich wdalszym ciągu zbytnio przynaglać i postanowiliśmy oszczędzać ich sił. Wskutek tego jednakw ciągu pierwszych dwóch dni nie zbliżyliśmy się do Ogellallajów.
– Czas mija – rzekł Walker.
–Spóźnimy się!– Nie spóźnimy się – odpowiedziałem.
–Jeńcom przeznaczono śmierć przy palu męczeńskim,a los ten spotka ich dopiero wtedy, gdy Ogellallajowie przybędą do swoich wsi.
– Gdzie te wsie się znajdują?– W Quacking-aspridge – odparł Winnetou.
–Dopędzimy jednak tych rozbójników znaczniewcześniej.Trzeciego dnia natrafiliśmy na niemałą przeszkodę: trop się rozdzielił. Część śladów biegławprost ku północy, druga zbaczała na zachód. Pierwsza była liczniejsza.
– Chcą nas zatrzymać! – rzekł Fred.
– Niechaj biali mężowie staną – rozkazał Winnetou.
–Tego śladu nie wolno nikomu zadeptać!Następnie dał mi znak, który natychmiast zrozumiałem. Oto ja miałem się przypatrzyć dokładnietropowi prowadzącemu prosto, on zaś temu, który skręcał na lewo. Udaliśmy się więckonno obydwaj, każdy w swoim kierunku, a towarzysze mieli na nas zaczekać.Jechałem kwadrans. Trudno mi było oznaczyć liczbę koni, które tędy szły, gdyż jeźdźcypodążali
